*** (polały się łzy…)
Adam Mickiewicz

Polały się łzy me czyste, rzęsiste, quino-al-1266979-unsplash
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górna i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski.
Polały się łzy me czyste, rzęsiste…


Do przemyślenia:

Nigdy nie rozmawiam z nikim o moim małżeństwie.

Na inne tematy, a i owszem, ale o tym ani słowa.

Mam przecież piękny dom na wzgórzu, wspaniale wyposażony w środku, z pięknym ogrodem i aleją róż na zewnątrz. Cenię ciszę letniego wieczoru, gdy mogę słuchać godzinami na werandzie jak cykają świerszcze i rechoczą żaby.

Mam wspaniałego psa rasy labrador. Przyjaciela na dobre i na złe, który jako jedyny zdaje się rozumieć moje rozterki.

Do naszego pałacu przybywają co tydzień różne ważne osobistości, wszak jestem kobietą sukcesu. Cóż, powinnam dodać – na urlopie – od ponad trzech lat. Zresztą… nie przybywają ze względu na mnie i nie ma tu ani odrobiny żalu czy zazdrości.

Nie tęsknię za sławą.

Nie tęsknię za rozpoznawalnością.

Ani za wywiadami.

Ani za fanami.

Tęsknię za… wolnością.

Ech…

Mam wybitnego męża – biznesmena – i nikt się nie dziwi, że jako dusza towarzystwa, uwielbiam być w centrum zainteresowania. On kocha wydawać huczne przyjęcia i szuka niemal każdego pretekstu, by zaprosić bliskich i dalszych znajomych.

Jest egoistą.

Nie myślcie, że robi to bezinteresownie, o nie! Zawsze ma w tym swój interes! Korzysta również z tego, że jego piękna i atrakcyjna żona świetnie gotuje i wprost uwielbiam piec.

Kiedyś tak.

Przed wypadkiem.

Wypadek zmienił moje życie. Kazał patrzeć na rzeczy w zupełnie inny sposób. Bo po co mi teraz rolki? Narty? Samotny puchar zdobyty za pierwsze miejsce w konkursie łyżwiarstwa figurowego stoi w kącie, na najwyższej półce. To Antonina, nasza gosposia schowała go tak, bym nie sięgnęła i nie rzuciła nim w okno mojego więzienia.

Na ludzi także patrzę teraz inaczej.

Często zza wysokich, wiktoriańskich okien w salonie, obserwuję pracę Leszka – naszego ogrodnika. Ile radości sprawia mu pielęgnowanie róż i jak szepce do nich czule… z jaką delikatnością dotyka ich płatków.

Róże, które kłują!

Odwracam wzrok zasmucona. Jak bardzo chciałabym być tą różą. Poczuć na swym policzku pieszczotę spracowanych dłoni, na pełnych, czerwonych wargach smak pocałunków – o każdej porze dnia. Chciałabym słyszeć szeptane z czułością słowa, niczym motyle – tak piękne i wyjątkowe – bo tylko dla mnie przeznaczone, bo prawdziwe…

– Wróciłem! – słyszę tupot wypolerowanych butów, kiedy słońce chowa się powoli za pagórkami.

To mój biznesmen wrócił. Mój mąż.

– Cześć! – wołam bez entuzjazmu i odwracam wózek inwalidzki w stronę drzwi. – Co słychać?

– Bez zmian. – mówi stając w progu. – Mam dużo pracy.

– Jasne. – stwierdzam gorzko.

– Pa! – woła z głębi domu, biegnąc do gabinetu.

Mam ochotę rzucić czymś. Rozbić szkło o wypielęgnowany parkiet!

Nigdy nie rozmawiam z nikim o moim małżeństwie. „Przecież on cię uwielbia!” – słyszę często głosy na przyjęciu. Nikt nie wie jaka jestem samotna. Nikt nie widzi jak daleki jest mi ten najbliższy.

Uśmiecham się, choć oczy zachodzą łzami.

Jestem jak księżniczka uwięziona w pięknej wieży własnych decyzji podjętych przed laty, otoczona krokodylami konsekwencji.

Z kimś, a jednak sama…

 

Ściskam tych wszystkich, którzy utożsamiają się z dzisiejszym wpisem.

G – Moll.

roberto-nickson-1266859-unsplash

Krzysztof Kamil Baczyński – Z głową na karabinie

 

Nocą słyszę, jak coraz bliżej

drżąc i grając krąg się zaciska.

A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży,

wyhuśtała mnie chmur kołyska.

 

A mnie przecież wody szerokie

na dźwigarach swych niosły płatki

bzu dzikiego; bujne obłoki

były dla mnie jak uśmiech matki.

Krąg powolny dzień czy noc krąży,

ostrzem świszcząc tnie już przy ustach,

a mnie przecież tak jak innym

ziemia rosła tęga – nie pusta.

 

I mnie przecież jak dymu laska

wytryskała gołębia młodość;

teraz na dnie śmierci wyrastam

ja – syn dziki mego narodu.

 

Krąg jak nożem z wolna rozcina,

przetnie światło, zanim dzień minie,

a ja prześpię czas wielkiej rzeźby

z głową ciężką na karabinie.

 

Obskoczony przez zdarzeń zamęt,

kręgiem ostrym rozdarty na pół,

głowę rzucę pod wiatr jak granat,

piersi zgniecie czas czarną łapą;

 

bo to była życia nieśmiałość,

a odwaga – gdy śmiercią niosło.

Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało

wielkie sprawy głupią miłością.

           

Do przemyślenia:

 

„Dziś są Twoje urodziny… mimo złej pamięci, wiem…” pragnę śpiewać za Ryszardem Rynkowskim.

Wstaję  łóżka z uśmiechem przylepionym do ust. Dziś nic mnie nie rozwścieczy.

Wchodzę do kuchni. Od progu czuję cudowny zapach kawy. Na blacie stoi kubek czarnego płynu. Sięgam radośnie, z przymkniętymi powiekami i… trafiam w próżnię!

– Pierwszy! – rozlega się radosny głos mojego męża.

„Że co?”, myślę, ale się uśmiecham.

Nie szkodzi, w końcu dziś jest wyjątkowy dzień!

Stoję przed mężem w oczekiwaniu, szczerząc się.

– Czy mam coś na twarzy? – pyta zdziwiony.

– N-nie. – mrugam zaskoczona.

A gdzie: „Sto lat, kochanie”? Choć może sto lat, to bym nie chciała… Z drugiej jednak strony, gdybym mogła zachować obiektywnie młody tj. sprawny organizm, powiedźmy 30 – latki, a żyć sto lat, ile wtedy mogłabym dokonać….

Mąż wymija mnie, wyrywając z zamyślenia. Całuje lekko w usta.

– Muszę lecieć! – rzuca i już wybiega z domu.

Stoję pośrodku kuchni z na wpół otwartymi ustami. Marszczę brwi. To ci dopiero urodziny!

Wzdycham ciężko i zabieram się za swoje obowiązki. W końcu same się nie zrobią. A szkoda!

Mija godzina, dwie. Moje ruchy stają się bardziej nerwowe. Co chwilę zerkam na telefon.

Nic! Ani jednego SMS! Nie mogę w to uwierzyć! Czy wszyscy o mnie zapomnieli?!

Pik – pam – param! Sygnał SMS! Jednak ktoś pamięta, cieszę się i czytam na głos:

– Cześć, starsza! Pożyczysz mi dżinsową kieckę na imprę?  – to moja siostra.

„Jasne. Wbijaj.” – odpisuję.

I tak nie mam żadnych innych planów. Kiedy świat sprzymierzył się przeciwko tobie, nie masz ochoty na nic spektakularnego… nawet w urodziny. I zamiast widzieć jasne strony, zaczyna mi się robić smutno i czuję się starsza o kolejny rok jakby ktoś właśnie w tym momencie zrzucił kamienie czasu na moje barki.

Wtedy do domu wraca mąż. Nadzieja zatrzepotała w moim sercu. Może pobiegł kupić różę??? Wybiegam z łazienki.

Ale, nieeee! W rękach taszczy pudło wyładowane jedzeniem.

– Kupiłem coś na ząb! – rzuca i kieruje się do kuchni, zgrabnie mnie wymijając.

Prycham zawiedziona.

Wracam do łazienki tylko po to, żeby rzucić mokrą gąbkę do wanny.

Tymczasem mąż woła do mnie z salonu.

– Kochanie, zaprosiłem kumpli na wieczór… pamiętasz? Mecz o mistrzostwo… chyba nie masz nic przeciwko?

– Ta! Pewnie! – rzucam dziarsko, choć wewnątrz kipię z gniewu.

Więc to tak? Zapomnieli o moich urodzinach? Mąż, rodzice, rodzeństwo, przyjaciele i znajomi??????!

Wściekła wpadam do sypialni, przebieram się prędko,  w biegu chwytam torebkę.

– Wychodzę! – i po minucie uciekam.

Gnam jakby mnie sam diabeł ścigam i nie pozwalam łzą zagościć się w kącikach moich oczu, choć czuję, że nadciągają niczym armia wroga.

Teraz potrzebuję się odprężyć…. Może nowa torebka? Proszę bardzo. Buty? Och, uwielbiam!

Nie ma jak cudowna moc zakupów! Po dwóch godzinach, znów uśmiecham się swobodnie. Wracam do domu i jestem gotowa przebaczyć wszystko mojemu zapominalskiemu mężowi… i może przygotuję coś smacznego dla chłopaków, tak mocno dopingujących  naszych?

Zamykam drzwi, zdejmuję kurtkę i kozaczki.

– Jestem! – wołam w głąb mieszkania.

Dziwne! Nie słyszę głośnych krzyków zapatrzonych w ekran samców…

Cisza. Cisza? Coś tu nie gra.

Światła są przygaszone. Wchodzę powoli po schodach.

– Niespodzianka! – krzyczą tłumnie zgromadzeni w salonie przyjaciele i rodzina.

– Wow! – śmieję się.

Patrzę po twarzach moich najbliższych i nie mogę przestać się uśmiechać. Tyle podchodów! Ale koniec końców – pamiętali! Moi kochani! Dziękuję, że jesteście ze mną każdego dnia, nie tylko w urodziny, chociaż może właśnie szczególnie w urodziny!

Całuję.

G – Moll.

Konstanty Ildefons Gałczyński
*** (Gdybyś mnie kiedyś miała przestać kochać)

 

Gdy­byś mnie kie­dyś mia­ła prze­stać ko­chać, 
nie mów mi tego. Bóg tego tak­że nie czy­ni.
Gdy ma ze­słać za­ra­zę i głód, On cią­gle się śmie­je z wy­so­ka,
choć do­brze wie, że oazy prze­mie­nia w pu­sty­nię


minnie-zhou-1255606-unsplash

Do przemyślenia:

Uwielbiam się uśmiechać!

To wspaniałe uczucie – patrzeć jak na ten uśmiech reagują inni… Nie wierzycie? Zacznijmy.

Wchodzę do sklepu spożywczego, na półkach pełno kolorowych produktów, wszystkie zdają się krzyczeć – kup mnie, kup mnie! Och, aż kręci się w głowie! Wtedy przez przypadek potrącam stojącego przy pieczywie mężczyznę. Odwraca się w moją stronę, jego twarz przecina gniewny grymas, otwiera ust, wrogo marszcząc brwi… a ja go ubiegam.

„Przepraszam!”, mówię szczerze i uśmiecham się serdecznie. On skinie głową i – wow! – odpowie uśmiechem, gestem pokazując, że nic nie szkodzi. Jego twarz rozluźnia się. Uff!

W poczekalni ośrodka zdrowia jest tłum ludzi, z płaczącymi, grymaszącymi dziećmi. Po godzinie czekania dorośli mają dość, a co dopiero dzieci. Zaczyna wkradać się nerwowa atmosfera. Ludzie pod nosem narzekają na służbę zdrowia. Obok mnie mała dziewczynka przeciągle ziewa. „Mamo, chodźmy do domu! Maaamoo!” Wtedy do tłocznego pomieszczenia wpada spóźniona pani doktor. Od progu woła: „Bardzo państwa przepraszam, miałam kolizję samochodową… Naprawdę przepraszam!”, zrzuca kurtkę, szarpie biały fartuch, szybko przeczesuje ręką włosy, naciska klamkę drzwi prowadzących do gabinetu: „Proszę, kto pierwszy?”, „My.” Odpowiada kobieta z dziewczynką obok mnie. I wtedy pediatra uśmiecha się szeroko do swojej pacjentki. „Witaj księżniczko, dobrze, że nie zasnęłaś!”, „Dlaczego?” zainteresowała się mała. „Bo musiałby obudzić cię jakiś książę! A gdzie takiego szukać?” śmieje się pani doktor.

I wszyscy w poczekalni wybuchają śmiechem. Atmosfera się rozluźnia. A to wszystko za sprawą radości!

Uśmiech, choć składa się z pracy dwóch różnych grup mięśni, ma niezwykła – uzdrowicielską wręcz moc! A choć jest co najmniej kilka rodzajów uśmiechu, łatwo zauważyć, które pochodzą z serca, a które udajemy.

Uśmiechanie się według mnie potrafi uczynić cuda! Skłania ludzi do bycia serdecznymi! A jak wtedy jaśnieją oczy! Dodają blasku i urody!

Nie ważne czym w tej chwili się zajmujesz. W czym mógłbyś być lepszy… masz w sobie tę moc, siłę bogów, niezwykła umiejętność dawania!

Teraz wstań, podejdź do najbliższej ci osoby i… uśmiechnij się serdecznie!

Całuję.

G – Moll.