roberto-nickson-1266859-unsplash

Krzysztof Kamil Baczyński – Z głową na karabinie

 

Nocą słyszę, jak coraz bliżej

drżąc i grając krąg się zaciska.

A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży,

wyhuśtała mnie chmur kołyska.

 

A mnie przecież wody szerokie

na dźwigarach swych niosły płatki

bzu dzikiego; bujne obłoki

były dla mnie jak uśmiech matki.

Krąg powolny dzień czy noc krąży,

ostrzem świszcząc tnie już przy ustach,

a mnie przecież tak jak innym

ziemia rosła tęga – nie pusta.

 

I mnie przecież jak dymu laska

wytryskała gołębia młodość;

teraz na dnie śmierci wyrastam

ja – syn dziki mego narodu.

 

Krąg jak nożem z wolna rozcina,

przetnie światło, zanim dzień minie,

a ja prześpię czas wielkiej rzeźby

z głową ciężką na karabinie.

 

Obskoczony przez zdarzeń zamęt,

kręgiem ostrym rozdarty na pół,

głowę rzucę pod wiatr jak granat,

piersi zgniecie czas czarną łapą;

 

bo to była życia nieśmiałość,

a odwaga – gdy śmiercią niosło.

Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało

wielkie sprawy głupią miłością.

           

Do przemyślenia:

 

„Dziś są Twoje urodziny… mimo złej pamięci, wiem…” pragnę śpiewać za Ryszardem Rynkowskim.

Wstaję  łóżka z uśmiechem przylepionym do ust. Dziś nic mnie nie rozwścieczy.

Wchodzę do kuchni. Od progu czuję cudowny zapach kawy. Na blacie stoi kubek czarnego płynu. Sięgam radośnie, z przymkniętymi powiekami i… trafiam w próżnię!

– Pierwszy! – rozlega się radosny głos mojego męża.

„Że co?”, myślę, ale się uśmiecham.

Nie szkodzi, w końcu dziś jest wyjątkowy dzień!

Stoję przed mężem w oczekiwaniu, szczerząc się.

– Czy mam coś na twarzy? – pyta zdziwiony.

– N-nie. – mrugam zaskoczona.

A gdzie: „Sto lat, kochanie”? Choć może sto lat, to bym nie chciała… Z drugiej jednak strony, gdybym mogła zachować obiektywnie młody tj. sprawny organizm, powiedźmy 30 – latki, a żyć sto lat, ile wtedy mogłabym dokonać….

Mąż wymija mnie, wyrywając z zamyślenia. Całuje lekko w usta.

– Muszę lecieć! – rzuca i już wybiega z domu.

Stoję pośrodku kuchni z na wpół otwartymi ustami. Marszczę brwi. To ci dopiero urodziny!

Wzdycham ciężko i zabieram się za swoje obowiązki. W końcu same się nie zrobią. A szkoda!

Mija godzina, dwie. Moje ruchy stają się bardziej nerwowe. Co chwilę zerkam na telefon.

Nic! Ani jednego SMS! Nie mogę w to uwierzyć! Czy wszyscy o mnie zapomnieli?!

Pik – pam – param! Sygnał SMS! Jednak ktoś pamięta, cieszę się i czytam na głos:

– Cześć, starsza! Pożyczysz mi dżinsową kieckę na imprę?  – to moja siostra.

„Jasne. Wbijaj.” – odpisuję.

I tak nie mam żadnych innych planów. Kiedy świat sprzymierzył się przeciwko tobie, nie masz ochoty na nic spektakularnego… nawet w urodziny. I zamiast widzieć jasne strony, zaczyna mi się robić smutno i czuję się starsza o kolejny rok jakby ktoś właśnie w tym momencie zrzucił kamienie czasu na moje barki.

Wtedy do domu wraca mąż. Nadzieja zatrzepotała w moim sercu. Może pobiegł kupić różę??? Wybiegam z łazienki.

Ale, nieeee! W rękach taszczy pudło wyładowane jedzeniem.

– Kupiłem coś na ząb! – rzuca i kieruje się do kuchni, zgrabnie mnie wymijając.

Prycham zawiedziona.

Wracam do łazienki tylko po to, żeby rzucić mokrą gąbkę do wanny.

Tymczasem mąż woła do mnie z salonu.

– Kochanie, zaprosiłem kumpli na wieczór… pamiętasz? Mecz o mistrzostwo… chyba nie masz nic przeciwko?

– Ta! Pewnie! – rzucam dziarsko, choć wewnątrz kipię z gniewu.

Więc to tak? Zapomnieli o moich urodzinach? Mąż, rodzice, rodzeństwo, przyjaciele i znajomi??????!

Wściekła wpadam do sypialni, przebieram się prędko,  w biegu chwytam torebkę.

– Wychodzę! – i po minucie uciekam.

Gnam jakby mnie sam diabeł ścigam i nie pozwalam łzą zagościć się w kącikach moich oczu, choć czuję, że nadciągają niczym armia wroga.

Teraz potrzebuję się odprężyć…. Może nowa torebka? Proszę bardzo. Buty? Och, uwielbiam!

Nie ma jak cudowna moc zakupów! Po dwóch godzinach, znów uśmiecham się swobodnie. Wracam do domu i jestem gotowa przebaczyć wszystko mojemu zapominalskiemu mężowi… i może przygotuję coś smacznego dla chłopaków, tak mocno dopingujących  naszych?

Zamykam drzwi, zdejmuję kurtkę i kozaczki.

– Jestem! – wołam w głąb mieszkania.

Dziwne! Nie słyszę głośnych krzyków zapatrzonych w ekran samców…

Cisza. Cisza? Coś tu nie gra.

Światła są przygaszone. Wchodzę powoli po schodach.

– Niespodzianka! – krzyczą tłumnie zgromadzeni w salonie przyjaciele i rodzina.

– Wow! – śmieję się.

Patrzę po twarzach moich najbliższych i nie mogę przestać się uśmiechać. Tyle podchodów! Ale koniec końców – pamiętali! Moi kochani! Dziękuję, że jesteście ze mną każdego dnia, nie tylko w urodziny, chociaż może właśnie szczególnie w urodziny!

Całuję.

G – Moll.