Jan Twardowski – „O bólu”

W co się ból może zmienić
w gniew tupanie nogą
w otwartą książkę zamkniętą powolikristina-tripkovic-649227-unsplash
w modlitwę
płacz prywatny bo wprost do poduszki
list pisany pięć razy bez związku od rzeczy
milczenie przy stole
chodzenie tam i nazad dookoła prawdy
dotknięcie ust samotnych łyżeczką herbaty
w to co niemożliwe – jeszcze nie ostatnie
w tę samą znowu miłość
kończącą się długo
pozwól więc Matko niech dalej boli

Do przemyślenia:
Czy zechcesz zobaczyć we mnie człowieka?

Zimno. Ostatnie promienie złocistego słońca wyziera zza pasma górniczym pocałunek ukochanej. Obietnica lepszego jutra… Kąpię się w nich niczym kot, na twarzy pooranej przedwcześnie zmarszczkami krótko gości uśmiech.

Przez moje ciało przebiega dreszcz. Pora ruszać dalej.

Wczesna wiosna kusi nadzieją, ale noce wciąż jeszcze chłoszczą lekkomyślnych. Nowicjuszy… Jak dobrze, że nie wyrzuciłem zimowej kurtki! Kurtka – moje usta wykrzywiają się na wspomnienie cuchnącego śmietnika wypełnionego zepsutym jedzeniem; pełnego rozbitego szkła, odchodów psa i samotnego szczura, który czmychnął przed moim cieniem. Jeśli on się mnie boi, musi być naprawdę źle…

Ale właśnie tam – pod starą knajpą – znalazłem skarb. Puchową kurtkę w kolorze fuksji. Dawniej nie włożyłbym żadnej rzeczy używanej, wyrzuconej przez poprzedniego właściciela, ubrudzonej, śmierdzącej i… w kobiecym kolorze! Ba! Wyśmiałbym takiego naiwniaka, bez zastanowienia, bez skrupułów, bez żalu… Dawniej…

Jak nisko upadłem wiem tylko ja!

Zapada zmrok, niemal w ostatniej chwili łapię miejski autobus. Trasa – tam i z powrotem. Teraz mam przed sobą około 40 minut w cieple. Trzeba korzystać. Szybko zasypiam.

Nagle mocny kuksaniec wyrywa mnie z drzemki.

– Syfiasz! Gnój! – wrzeszczy mi do ucha alt.

– Fuuj! Jak on cuchnie! Ala, odsuń się od niego! Jeszcze cię czymś zarazi!

Nie ruszam się. Nie mam siły. Tyle razy już to słyszałem, że nie robi to na mnie wielkiego wrażenia. Gówniarze, myślę w duchu i przymykam oczy. Dźwięki dochodzą do mnie jakby z boku, jakbym właśnie zanurkował w wielkiej wannie wypełnionej gorącą wodą…

– Kinga, masz gumę?

– Mam, a co? – blondynka dmucha w grzywkę.

– Co chcesz zrobić? Ala??? – ruda ma piszczący głos.

– Nie wtrącaj się! Kinga, daj gumę!

– Masz, ale… mnie. Do. Tego. Nie. Mieszaj.  – blondynka wyskakuje, gdy tylko autobus zatrzymuje się.

– Ala! Ala! Zostaw go! Zostaw! Błagam…

– Weź, Elka, zamknij się, co?!

I bam! Strzela balonem z gumy obok mojego ucha. Podrywam się mimo woli. Mokre gumy już lądują na mojej twarzy, plączą włosy, oklejają palce, dłonie, przedramiona, brodę… Okleja mnie szybkimi ruchami, a jaką ma przy tym zadowoloną minę, niczym artystka – patrzy na swe najlepsze dzieło!

Przestaję się bronić. Nie mam siły… kiedy ostatni raz coś jadłem? Eeee… wczoraj. Nadgryzioną kanapkę.

Kolejny przystanek. Ruda przez chwilę patrzy w moją stronę, ale nie w oczy. Warga jej drży, oczy się szklą. Rozchyla usta, chce coś powiedzieć… już, już wypowiada na głos, słowo – klucz, słowo – magię, gdy druga pociąga ją za rękę.

– Chodź, szkoda czasu na to ścierwo! – dziewczyny wyskakują.

Autobus rusza dalej. Kierowca nerwowo zerka w lusterko. Po dwóch przystankach podchodzi do mnie. Jest młody – po trzydziestce, z zaznaczającym się pod kraciasta koszulą mięśniem piwnym i obrączką na serdecznym palcu.

– Wynoś się! Tylko klientów mi straszysz!

Klientów? Jakich klientów, do cholery!  – chcę wykrzyczeć mu w twarz, gdy podrywa mnie za łokieć (skąd u niego tyle siły?) i popycha w stronę drzwi. Wypadam po schodach niezgrabnie. Chłód wieczora uderza mnie w twarz, przebiega niewyspane ciało na wskroś…

– Brrrrr…

– Pieska noc! – na przystanku siedzi Bolek i jeszcze dwóch innych, w kółeczku nad szklaną butelką niczym sacrum. – Przyłącz się do nas!

Przez sekundę chcę odmówić, ale… jestem dziś taki samotny… bardziej niż zwykle…

Rano budzę się na kacu. Rozglądam się nieprzytomnym wzrokiem; skostniały i zesztywniały  na drewnianej ławeczce przystanka.

– Gdzie mo…je, gdzie. Do ku… gdzie kurtka?!

Okradli mnie, sukinsyny!

Miała matka rację mówiąc: „Pamiętaj, Janek, człowiek człowiekowi wilkiem!”

Próbuję wstać. Zataczam się.

Ludzie spieszący do pracy odwracają wzrok; młodzież się śmieje, wytyka mnie palcem, lecą kolejne wyzwiska; matka z dzieckiem odchodzi pośpiesznie kilka metrów dalej, starsza pani kręci surowo głową…

Przyjeżdża autobus. Wsiadają.

Ja ponawiam próbę.

Znów upadam. Zrezygnowany zostaję na krawędzi chodnika w zatoczce dla autobusów.

Kiedyś byłem prezesem wielkiej, prężnie rozwijającej się firmy. Miałem żonę i dwóch synów; willę  w najlepszej części miasta, a na wakacje jeździliśmy na Wyspy Bahama…

Kiedyś byłem czysty, ubierałem się modnie. Byłem przystojny, elokwentny i miałem kupę hajsu…

Przekonałem się boleśnie, jak można stracić, w ciągu jednej chwili, wszystko i wszystkich.  Dziś już wiem, że nie miałem przyjaciół, ludzi, którzy ostrzegliby mnie w porę, powstrzymali przed samym sobą, przed moim niezdrowym egoizmem i zadufaniem…

Zasypiam na chodniku.

Mijają mnie: pan w niebieskiej kurtce, elegancki mężczyzna w garniturze, młode małżeństwo z dzieckiem, ty, grupka dziewcząt, siwy starze z brodą, kobieta w średnim wieku, w kapeluszu, młody chłopak z plecakiem, dziewczyna w warkoczu ze smart fonem w ręku…

Czy widziałeś we mnie człowieka?