John Keats „Do Fanny”

Litości – zmiłowania – miłości!

Tak właśnie

Miłości – miłosiernej, takiej co nie mami

Nie zna, co to wahania, wątpliwości, waśnie

Szczera, jawna, widzialna – a nic jej nie splamimohamed-ajufaan-dwIHrac2sEA-unsplash

 

Do przemyślenia:

Moje myśli płyną swobodnie. Wybijają rytm jak dobra melodia, w niedzielę o poranku. Nie zawsze mam czas się w nie wsłuchać. Dziś mam.

Hamak kołysze się delikatnie, świeże powietrze po burzy owiewa moją twarz, na nogach czuję krople wody, które nie zdążyły jeszcze opaść na ziemię z koniczyny. Jak błogo!

Chwile relaksu są po to, aby je wykorzystywać! Nie wiadomo, kiedy znów będę tak mogła pomyć sama ze sobą. Ale jest to wspaniałe!

Być ze sobą też trzeba umieć. Dla mnie odpada smartfon, internet, tablet czy notebook. Nie chcę podglądać uderzeń fal Bałtyku przez kamerkę, chcę zanurzyć stopy w złocistym, ciepłym piasku… Nie chcę przemierzać kilometrów wirtualnej przestrzeni, chcę biec przez zielony las o poranku… Wsłuchiwać się w trele słowika, śpiew skowronka. A wieczorem… Otworzę szeroko drzwi tarasu i zamyślę się przy akompaniamencie żab, świerszczy i budzących się do życia nocnych zwierząt.

Każdy ma na koncie dobre uczynki oraz chwile słabości. Tak samo jest u mnie. Ranimy bez zastanowienia najbliższych, rozdrapujemy zabliźnione rany, jak mysz, skrobiemy pod podłogą, szukamy oczka w całych rajstopach… Stop!

Liście brzozy tańczą przede mną niczym tysiące motyli unoszących się w jednym czasie w przestworza… Ludzie mówią, że mam ładny charakter pisma, ale czy mogę odczytać z tych liń i zawijasów SIEBIE? Czy moje pismo zmienia się wraz ze mną, gdy staję przed coraz to nowszymi wyzwaniami? Co mówi o nas? Stanowi drogowskazy, których… wciąż szukamy. Jednak… zawsze można starać się bardziej, czyż nie?

W poszukiwaniu mapy naszej wyjątkowej osobowości wysyłam Was do sfery odprężenia. Przebywanie ze sobą stanowi dobry początek na odkrycie, co przynosi mi relaks, wyciszenie i zregenerowanie.

Warto dbać o zdrowie naszej duszy!

Michał Bałucki „Nie w porę”

Raz by­łem u niej z kot­kiem na ręce

Sie­dzia­ła w oknie w bia­łej su­kien­ce
I pa­lusz­ka­mi draż­ni­ła kot­ka:
Piesz­czot­ka!

I wko­ło twa­rzy dziew­czę­cia bia­łej,kristopher-roller-110211-unsplash
Za­ru­mie­nio­nej, locz­ki się chwia­ły
I uśmie­cha­ły się oczka czar­ne
Fi­glar­ne!

Sie­dzę i cze­kam go­dzi­nę całą,
By dziew­czę z kot­kiem igrać prze­sta­ło
I po­ga­da­ło kil­ka słów ze mną…
Da­rem­no!

Ani mnie wi­dzi, ani mnie sły­szy,
Ko­tek jej rącz­kę chwy­ta jak my­szy,
Cza­sem za­dra­pie. Ona to woli –
Choć boli.

Więc rze­kłem so­bie: jesz­cze za wcze­śnie
Pu­kać w ser­dusz­ko, co leży we śnie,
I uni­ka­łem dzie­wecz­ki bia­łej
Rok cały.

Kie­dym po­wró­cił, znów w tym po­ko­ju,
Przy tym okien­ku peł­nym po­wo­ju,
Blusz­czów, sie­dzia­ła moja piesz­czot­ka
Bez kot­ka.

Lecz cze­goś dziw­nie zmie­sza­na była,
Oczy ku zie­mi wstyd­na spu­ści­ła
I zru­mie­ni­ła się jak ja­błusz­ka
Po uszka.

By­łem pew­niut­ki, że z mej przy­czy­ny…
Wtem wiatr fi­ra­nek ru­szył mu­śli­ny
I zo­ba­czy­łem spraw­cę ru­mień­ca
Mło­dzień­ca.

I znów pa­nien­ka, jako przed ro­kiem,
Choć sie­dzę, cze­kam, nie rzu­ci okiem;
Lecz już nie ko­tek tym ra­zem win­ny:
Kto inny…

Kto inny śpią­ce zbu­dził ser­dusz­ko
I szep­ta te­raz mi­ło­śnie w uszko…
Ha, szko­da! póź­no przy­sze­dłem tro­cha:
Już ko­cha!

Do przemyślenia:

– Kłamstwo w takich ustach, to miód dla mych uszu…

– Noc jeszcze młoda, nie wychodź. Proszę.

– Rozmowa z tobą – mężczyzna ziewa ukradkiem – to istna przyjemność!

– Rozstanie z tobą – kobieta wstaje z krzesła – to istna udręka.

Uśmiecha się kokieteryjnie.

Mężczyzna w garniturze kłania się w pas.

– Madamme! Życzę dobrej nocy. – podchodzi do drzwi. – Śnij o mnie, najmilsza. Ja twych oczu błękit pod niebo będę opiewał!

– Sir! – kobieta otwiera drzwi na oścież. – Zawstydzasz mnie tą rozmową!

– Wybacz, wszak cnotliwa niewiasta z ciebie. – mężczyzna staje w progu.

– Dżentelmen z pana. Dobranoc. – kobieta zamyka drzwi wejściowe, gasi światło i opiera się o futrynę.

Ociera pot z czoła i powoli wypuszcza powietrze, licząc w myślach do dziesięciu. Trzy schody i siedem kroków do mosiężnej bramy. Dopiero wtedy szepce do siebie:

– Naiwniak!

Potem biegnie podskokami do sypialni. Jednym ruchem zrzuca na łóżko koronkową sukienkę w odcieniu malin, a wkłada popielate szorty oraz bluzkę z dekoltem w kształcie litery V. Następnie wymyka się przez okno w ciemności nocy.

Tymczasem na ulicy mężczyzna w szykownym garniturze spotyka starego znajomego.

– Jak było? – pyta jegomość z brodą, w okularach i gestem wskazuje na mini pałacyk okolony różami.

– Małom nie zasnął!  – witają się podając sobie dłonie. – Straaaszna nudziara! I ciągle pociąga nosem, jakby nieustannie płakała… a jaką cnotkę udaje, a w oczkach tylko ogniki tańcują!

– Gra nie warta świeczki, przyjacielu?  – pyta znajomy i ruszają z wolna chodnikiem.

– Bynajmniej! – przeczy ruchem głowy. – Zarzucam spławik! – mężczyzna w garniturze udaje, że rzuca wędką.

– Po co? – dziwi się ten z brodą. – Mówiłeś, że szkoda zachodu…

– Ja? Skądże znowu! To mi się wielce opłaci.

– Czyżby?

– Uwierz mi na słowo. Mam swoje powody.

Gdy dochodzą do skrzyżowania dróg, żegnają się skinieniem głów. Mężczyzna z brodą rusza żwawo w stronę kamienicy, gdzie odbywa się huczna zabawa. Nagle z cienia wyłania się starszy mężczyzna w cylindrze.

– Co wiesz? – pyta mężczyznę z brodą.

– Cóż… – zgrywa się tamten. – zależy…

– Mam dużo złota, jeśli o to ci chodzi. Zatem?

– Mój przyjaciel wychwala panienkę pod niebo, – zapewnia mężczyzna z brodą. – ale nie w głowie mu żeniaczka. Chcę ją tylko… uwieść.

– Ech, to drań! – mężczyzna w cylindrze zaciska pięść na złotej rączce laski. – Chyba… już nie jest twoim przyjacielem?

– Najlepszym!

– Za to, ty – od dziś – będziesz jego największym wrogiem. – mężczyzna nieznacznie dotyka cylindra i chowa się w mroku.

– Przyjaciel, wróg… co za różnica? – mówi na głos mężczyzna z brodą, w tle słychać śmiechy i przyśpiewki młodych. – Dziś pijecie razem wódkę, jutro przystawiacie sobie do gardeł nóż… Mądry ten, kto sobie tylko ufa! Wszyscy kłamią, czyż nie?

 ayo-ogunseinde-93181-unsplash

 

Czwartek z Poezją.

Heinrich Heine „Lorelei”guy-stevens-746794-unsplash

Sam nie wiem, co mnie tak gnębi dziś.

Wspomnieniem legendy natrętna myśl.

Coraz to ciemniej i chłodniej,

spokojny płynie Ren.

Szczyt góry błyszczy w Abensonnenschein…

 

Do przemyślenia:

Przez całe życie marzysz, aby stworzyć dom.

Bez złości i krzyków. Bez ciągłych pretensji i oskarżeń. Bez awantur, które odbierają apetyt…

Dorastasz. Masz przed sobą jasny plan. Zdobyć pracę i ustabilizować się. I masę problemów, bo… nauka w ostatniej klasie nie idzie ci najlepiej; matka znów się wyprowadziła; odcięli prąd; w mieszkaniu wieje chłodem; młodsza siostra złamała nogę; brat pobił się z sąsiadem… od ojca już któryś dzień z kolei cuchnie wódką…

Obiecujesz sobie solennie: moje życie będzie wyglądało inaczej!

Oddzielasz życie grubą krechą. To, co było chowasz do kieszeni, jak rachunek z supermarketu, do którego ktoś wypluł zużytą gumę. Jeszcze tylko znaleźć kosz, aby to wyrzucić, spalić, zniszczyć, zakopać! Byle dalej, byle nie pamiętać…

Dom. Miejsce, w którym powinieneś czuć się bezpiecznie, nigdy takim nie było. Teraz twoja kolej. Ty tworzysz dom. Boisz się, rozumiem.  Z tyłu głowy słyszysz szyderczy śmiech ojca i kpiny matki… Pomyśl, że to zupełnie naturalne. Takie ludzkie… namacalne. Nie poddawaj się, choćby na przekór światu!

Zapuszczasz korzenie. Otwierasz okno, oddychasz pełną piersią; czujesz, że to jest to miejsce, to jest ten czas! Zasypiasz wieczorem przy cykaniu świerszczy, rechocie żab, a budzisz się ze śpiewem ptaków. Nareszcie czujesz, co znaczy być szczęśliwym…

Choć każdy dzień, to nowe wyzwanie, podołasz!harry-quan-486229-unsplash

Twoja siła drzemie w doświadczeniu. Upór umacnia wiarę, nadzieja przebija się przez gradowe chmury niczym promienie słońca.

Kto raz został skrzywdzony, wciąż ma się na baczności.

Rany się goją, ale nigdy nie znikają.

Blizna przypomina o minionym bólu… schowana pod rękawem bluzki pozwala odetchnąć.

Przeszłość to zapach po burzy, bryza na twarzy, trzepot skrzydeł motyla, muśnięcie warg… przeszłość… właśnie minęła. Została tylko wielobarwna tęcza na błękitnym niebie – twoja przyszłość.

 

Sylvia Plath „Do syna bez ojca”

Wkrótce uświadomisz sobie czyjąś nieobecność
Rozrastającą sie obok ciebie jak drzewo,silvan-metzker-1224299-unsplash
Drzewo śmierci, bezbarwny australijski eukaliptus –
Ogołocony, porażony piorunem – istne złudzenie,
A niebo jak świński zad, całkowicie obojętne.

Lecz teraz jesteś niemy.
A ja kocham twoją głupotę,
Jej ślepe zwierciadło. Spoglądam w nie
I odnajduję własną twarz, myślisz, że to zabawne.
To dobrze

Że chwytasz mnie za nos jak za przęsło drabiny.
Kiedyś możesz dotknąć czegoś niewłaściwego:
Małych czaszek, spłaszczonych sinych wzgórz, straszliwego milczenia.
Do tego czasu twe uśmiechy są jak odnalezione pieniądze.

 

Do przemyślenia:

To śmieszne! Wcale o nim nie myślę, a mimo to nawiedza mnie we snach.

Już dawni nasze drogi się rozeszły. Oboje mamy swoje życie, swoje zobowiązania. Nie widujemy się. Nie mamy kontaktu.

Mówi się: „stara miłość nie rdzewieje…”, ale mając kilkanaście lat, każde zakochanie jest na zabój, a odrzucenie łączy się z wielką zadrą, czasem nawet dziurą, która zagoi się pozostawiając bliznę.

Wierzę w wędrówkę duszy w czasie snu, w prorocze sny, ale również rozumiem argumenty racjonalistów i wiem, że niektóre sny są wynikiem intensywnej pracy, wysiłku, myślenia o danej rzeczy…

Dlaczego więc, jego obraz odwiedza mnie we snach?

Wciąż mam schowane pamiątki z tamtych lat i w pamiętniku nakreślone kilka słów… dziś czytając to uśmiecham się z czułością i sentymentem; jak wspaniałe były lata szkolne. A jednocześnie ile było bólu i niezrozumienia; niespełnionych ideałów i dążeń…

Dobrze, że spaliłam listy od niego. Nienawidziłam ich. Lakoniczne odpowiedzi jak szyderczy uśmiech na do widzenia, których ja – naiwna ofiara miłości – nie mogłam się doczekać. Zawsze byłam zbyt impulsywna. W porywie serca mówiłam, śpiewałam i złościłam się. Rozeszliśmy się w gniewie… A szkoda.

I może to właśnie mnie gnębi. Może temu on mi się śni! Chciałabym żeby wiedział, że był dla mnie ważny… że dotykałam każdej skośnej literki zapisanej na kartce papieru… Obchodziło mnie jego zdanie na różne tematy. Naprawdę lubiłam z nim spacerować i rozmawiać.

Moje będą wspomnienia tamtych dni. Nikt ich nie zabierze. W pamięci zawsze uśmiechnięty, troskliwy… W błękitnych oczach zrozumienie dla (wtedy) szalonej, porywczej mnie… chyba sama byś się  wówczas ze sobą nie umówiła na randkę… roztrzepana nastolatka, która zagadałabym nawet największą gadułę na śmierć… Czy potrafiłam słuchać innych? Po odpowiedź udam się do przyjaciół. A teraz proszę, daj mi już zasnąć.

Dziś mi się nie śnił. Uff…

Kiss.

G – Moll.

Jan Twardowski – „O bólu”

W co się ból może zmienić
w gniew tupanie nogą
w otwartą książkę zamkniętą powolikristina-tripkovic-649227-unsplash
w modlitwę
płacz prywatny bo wprost do poduszki
list pisany pięć razy bez związku od rzeczy
milczenie przy stole
chodzenie tam i nazad dookoła prawdy
dotknięcie ust samotnych łyżeczką herbaty
w to co niemożliwe – jeszcze nie ostatnie
w tę samą znowu miłość
kończącą się długo
pozwól więc Matko niech dalej boli

Do przemyślenia:
Czy zechcesz zobaczyć we mnie człowieka?

Zimno. Ostatnie promienie złocistego słońca wyziera zza pasma górniczym pocałunek ukochanej. Obietnica lepszego jutra… Kąpię się w nich niczym kot, na twarzy pooranej przedwcześnie zmarszczkami krótko gości uśmiech.

Przez moje ciało przebiega dreszcz. Pora ruszać dalej.

Wczesna wiosna kusi nadzieją, ale noce wciąż jeszcze chłoszczą lekkomyślnych. Nowicjuszy… Jak dobrze, że nie wyrzuciłem zimowej kurtki! Kurtka – moje usta wykrzywiają się na wspomnienie cuchnącego śmietnika wypełnionego zepsutym jedzeniem; pełnego rozbitego szkła, odchodów psa i samotnego szczura, który czmychnął przed moim cieniem. Jeśli on się mnie boi, musi być naprawdę źle…

Ale właśnie tam – pod starą knajpą – znalazłem skarb. Puchową kurtkę w kolorze fuksji. Dawniej nie włożyłbym żadnej rzeczy używanej, wyrzuconej przez poprzedniego właściciela, ubrudzonej, śmierdzącej i… w kobiecym kolorze! Ba! Wyśmiałbym takiego naiwniaka, bez zastanowienia, bez skrupułów, bez żalu… Dawniej…

Jak nisko upadłem wiem tylko ja!

Zapada zmrok, niemal w ostatniej chwili łapię miejski autobus. Trasa – tam i z powrotem. Teraz mam przed sobą około 40 minut w cieple. Trzeba korzystać. Szybko zasypiam.

Nagle mocny kuksaniec wyrywa mnie z drzemki.

– Syfiasz! Gnój! – wrzeszczy mi do ucha alt.

– Fuuj! Jak on cuchnie! Ala, odsuń się od niego! Jeszcze cię czymś zarazi!

Nie ruszam się. Nie mam siły. Tyle razy już to słyszałem, że nie robi to na mnie wielkiego wrażenia. Gówniarze, myślę w duchu i przymykam oczy. Dźwięki dochodzą do mnie jakby z boku, jakbym właśnie zanurkował w wielkiej wannie wypełnionej gorącą wodą…

– Kinga, masz gumę?

– Mam, a co? – blondynka dmucha w grzywkę.

– Co chcesz zrobić? Ala??? – ruda ma piszczący głos.

– Nie wtrącaj się! Kinga, daj gumę!

– Masz, ale… mnie. Do. Tego. Nie. Mieszaj.  – blondynka wyskakuje, gdy tylko autobus zatrzymuje się.

– Ala! Ala! Zostaw go! Zostaw! Błagam…

– Weź, Elka, zamknij się, co?!

I bam! Strzela balonem z gumy obok mojego ucha. Podrywam się mimo woli. Mokre gumy już lądują na mojej twarzy, plączą włosy, oklejają palce, dłonie, przedramiona, brodę… Okleja mnie szybkimi ruchami, a jaką ma przy tym zadowoloną minę, niczym artystka – patrzy na swe najlepsze dzieło!

Przestaję się bronić. Nie mam siły… kiedy ostatni raz coś jadłem? Eeee… wczoraj. Nadgryzioną kanapkę.

Kolejny przystanek. Ruda przez chwilę patrzy w moją stronę, ale nie w oczy. Warga jej drży, oczy się szklą. Rozchyla usta, chce coś powiedzieć… już, już wypowiada na głos, słowo – klucz, słowo – magię, gdy druga pociąga ją za rękę.

– Chodź, szkoda czasu na to ścierwo! – dziewczyny wyskakują.

Autobus rusza dalej. Kierowca nerwowo zerka w lusterko. Po dwóch przystankach podchodzi do mnie. Jest młody – po trzydziestce, z zaznaczającym się pod kraciasta koszulą mięśniem piwnym i obrączką na serdecznym palcu.

– Wynoś się! Tylko klientów mi straszysz!

Klientów? Jakich klientów, do cholery!  – chcę wykrzyczeć mu w twarz, gdy podrywa mnie za łokieć (skąd u niego tyle siły?) i popycha w stronę drzwi. Wypadam po schodach niezgrabnie. Chłód wieczora uderza mnie w twarz, przebiega niewyspane ciało na wskroś…

– Brrrrr…

– Pieska noc! – na przystanku siedzi Bolek i jeszcze dwóch innych, w kółeczku nad szklaną butelką niczym sacrum. – Przyłącz się do nas!

Przez sekundę chcę odmówić, ale… jestem dziś taki samotny… bardziej niż zwykle…

Rano budzę się na kacu. Rozglądam się nieprzytomnym wzrokiem; skostniały i zesztywniały  na drewnianej ławeczce przystanka.

– Gdzie mo…je, gdzie. Do ku… gdzie kurtka?!

Okradli mnie, sukinsyny!

Miała matka rację mówiąc: „Pamiętaj, Janek, człowiek człowiekowi wilkiem!”

Próbuję wstać. Zataczam się.

Ludzie spieszący do pracy odwracają wzrok; młodzież się śmieje, wytyka mnie palcem, lecą kolejne wyzwiska; matka z dzieckiem odchodzi pośpiesznie kilka metrów dalej, starsza pani kręci surowo głową…

Przyjeżdża autobus. Wsiadają.

Ja ponawiam próbę.

Znów upadam. Zrezygnowany zostaję na krawędzi chodnika w zatoczce dla autobusów.

Kiedyś byłem prezesem wielkiej, prężnie rozwijającej się firmy. Miałem żonę i dwóch synów; willę  w najlepszej części miasta, a na wakacje jeździliśmy na Wyspy Bahama…

Kiedyś byłem czysty, ubierałem się modnie. Byłem przystojny, elokwentny i miałem kupę hajsu…

Przekonałem się boleśnie, jak można stracić, w ciągu jednej chwili, wszystko i wszystkich.  Dziś już wiem, że nie miałem przyjaciół, ludzi, którzy ostrzegliby mnie w porę, powstrzymali przed samym sobą, przed moim niezdrowym egoizmem i zadufaniem…

Zasypiam na chodniku.

Mijają mnie: pan w niebieskiej kurtce, elegancki mężczyzna w garniturze, młode małżeństwo z dzieckiem, ty, grupka dziewcząt, siwy starze z brodą, kobieta w średnim wieku, w kapeluszu, młody chłopak z plecakiem, dziewczyna w warkoczu ze smart fonem w ręku…

Czy widziałeś we mnie człowieka?

 

Do słów piosenki Maryli Rodowicz pt.: „Wszyscy chcą kochać…”

 

Wszyscy chcą kochać, choć nie przyznają się…

Tak pięknie jak w kinie, jak we śnie…erol-ahmed-1450791-unsplash

Wszyscy chcą kochać, do utraty tchu,

zmysły postradać bezpowrotnie…

choć raz, jeden jedyny raz…

 

Do przemyślenia:

Coś na mnie spadło.

Przygniotło do ziemi.

Nie mogę oddychać!

Przez chwilę, jak Ikar leciałam, na skrzydłach ulepionych z naiwności… a teraz spadam…

To moja ostatni depesza. Testament.

Akt zgonu otrzymasz później.

Z opóźnieniem…

Nigdy nie byłaś mi tak bliska, jak powinnaś… Mówi się: dalecy bliscy – i tak też było z nami. Dalecy, choć bliscy. Bliscy choć dalecy… tyle lat, tyle godzin samotności. Tyle chwil oczekiwania, że może dziś, może… akurat o tej godzinie, zastukasz cicho w drewnianą futrynę i wejdziesz płynnym krokiem do kuchni… Czekałam.

Nie przyszłaś.

Pochylam się nad kartką, atrament wypłynął, płomień w świecy zatańczył.

Pamiętasz, to zdjęcie, które położyłam na kominku? Uczyłaś się tańca w szkole baletowej, a to był twój pierwszy występ w tiulowej sukience. Uśmiechasz się do mnie z niego, z dziecięcą miłością, z nóżkami w baletkach, o które tak błagałaś, a ja kupiłam ci je, choć kolejną zimę nosiłam podarte kozaki…

Zapach lawendy przywiany, nie wiedzieć skąd, przypomina mi ciebie i to lato, gdy gniewnie oświadczyłaś, że wyjeżdżasz w świat… z nim…

Ocieram łzy.

Tak bardzo za tobą tęsknię, choć nigdy ci tego nie powiem.

Żałuję wielu rzeczy w swoim życiu. Popełniłam wiele błędów. Zraniłam wiele serc i ciebie… Nie byłam wystarczająco wyrozumiała, a dziś mogę zostawić ci tylko jedno.

Myśl. Radę. Sugestię.

Mów kiedy kochasz! Mów o tym! Wołaj, śpiewaj, krzycz o miłości!

Ja… nie powiedziałam, jak bardzo cię kocham, córeczko…

Przepraszam. Posłuchaj zatem umierającej matki i – być może nawet odmówisz przyjazdu – nie płacz nad moim grobem. To tylko moja dusza, ona musi uwolnić się od starzejącego ciała. Nie zniknę. Będę nadal. Blisko ciebie, być może nawet bliżej niż byś sobie tego życzyła… Bliżej niż za życia ziemskiego, które nie ułożyło się tak, jakbyśmy chciały.

Kaszel sprawia, że igrek z ostatniego słowa zawija się na jedną trzecią strony, jak zdradliwy wąż. Och, gdyby tak, urodzić się raz jeszcze z nabytym już doświadczeniem, o ileż lepszy byłby świat… nasz świat.

O jedno cię tylko proszę, dbaj o Miriam, dbaj o moją wnuczkę. Ona ma ogień w oczach i naturę buntowniczki – po tobie. Kochaj ją. Nawet gdy będzie cię odrzucała, jak ty niegdyś mnie, ale wtedy kochaj jeszcze mocniej. I walcz! Walcz o jej miłość i zaufanie.

Wybacz, że nie byłam dobrą matką…

 

 

Mama.

 

(Testament samotnej staruszki)

Ks. Jan Twardowski „Bałem się”

Bałem się  oczy słabną  –   nie będę mógł czytaćperchek-industrie-1399230-unsplash

Pamięć tracę – pisać nie potrafię

Drżałem jak obora którą wiatr kołysze

 

-Bóg zapłać Panie Boże bo podał mi łapę

Pies co książek nie czyta i wierszy nie pisze

 

 

 

Do przemyślenia:

Pewnego dnia stanęłam przed lustrem i pomyślałam sobie: „ jesteś uzależniona od makijażu!”

Poranne malowanie stało się ważnym punktem mojego harmonogramu. Okazało się tak istotne, jak umycie zębów czy założenie bluzki. Nie wyobrażałam sobie, abym mogła ukazać światu swoją nagość. Myślałam – o, nie! Bez podkładu mnie nie zobaczycie! Co chciałam ukryć?

Przede wszystkim własne kompleksy. Każdy ma jakieś. Nikt nie rodzi się doskonały. Tylko niektórzy potrafią się świetnie maskować., a ja zawsze byłam, cóż – zbyt uczciwa. Trochę mi to ciąży, bo ciągnie za sobą wiarę w to, że każdy jest dobry, co ludzie często wykorzystują. A ja – głupio się przyznać – jestem naiwna swoją łatwowiernością. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna.

I tak, któregoś razu postanowiłam. Koniec z kamuflażem. Dlaczego mam wstydzić się być sobą? Mam niesymetryczny nos? Trudno. Ale za to świetny węch. Wiem, kto pali, bez pytania i kto wypił piwo przed Mszą Św. Moje oczy są za małe? Sokoli wzrok i dar obserwacji rekompensuje mi to z nawiązką! Kilka piegów doda mi przekory, a rude włosy skłonią nie jednego do namysłu… Pełne, choć blade usta wyszepczą kusząco, wprost do Twojego ucha: jestem mądra. Jestem mądra! Zaskoczony? Teraz już wiem. Chcę kochać siebie taką, jaka jestem!

Moje piękno skrywa się wewnątrz. Moja dusza jest ładna. Szkoda, że nie możesz jej zobaczyć – iskrzy jak gwiazda na nocnym niebie; jest jak zorza – jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa! I choć pamiętam, jak wstydziłam się spojrzeć rozmówcy w oczy, bez makijażu – dziś z zaskoczeniem i satysfakcją zauważam, że już o TYM nie myślę. I uśmiecham się coraz szerzej. Oddycham pełną piersią. Dziś jest mój dzień! Stawię czoło każdemu wyzwaniu. Pójdę pod prąd. Wejdę do basenu, choć nie umiem pływać. Podejmę wyzwanie. Życie jest piękne. Chcę się nim cieszyć i chcę być sobą! Siła drzemie w człowieku!

Całuję.

G – Moll

*** (polały się łzy…)
Adam Mickiewicz

Polały się łzy me czyste, rzęsiste, quino-al-1266979-unsplash
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górna i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski.
Polały się łzy me czyste, rzęsiste…


Do przemyślenia:

Nigdy nie rozmawiam z nikim o moim małżeństwie.

Na inne tematy, a i owszem, ale o tym ani słowa.

Mam przecież piękny dom na wzgórzu, wspaniale wyposażony w środku, z pięknym ogrodem i aleją róż na zewnątrz. Cenię ciszę letniego wieczoru, gdy mogę słuchać godzinami na werandzie jak cykają świerszcze i rechoczą żaby.

Mam wspaniałego psa rasy labrador. Przyjaciela na dobre i na złe, który jako jedyny zdaje się rozumieć moje rozterki.

Do naszego pałacu przybywają co tydzień różne ważne osobistości, wszak jestem kobietą sukcesu. Cóż, powinnam dodać – na urlopie – od ponad trzech lat. Zresztą… nie przybywają ze względu na mnie i nie ma tu ani odrobiny żalu czy zazdrości.

Nie tęsknię za sławą.

Nie tęsknię za rozpoznawalnością.

Ani za wywiadami.

Ani za fanami.

Tęsknię za… wolnością.

Ech…

Mam wybitnego męża – biznesmena – i nikt się nie dziwi, że jako dusza towarzystwa, uwielbiam być w centrum zainteresowania. On kocha wydawać huczne przyjęcia i szuka niemal każdego pretekstu, by zaprosić bliskich i dalszych znajomych.

Jest egoistą.

Nie myślcie, że robi to bezinteresownie, o nie! Zawsze ma w tym swój interes! Korzysta również z tego, że jego piękna i atrakcyjna żona świetnie gotuje i wprost uwielbiam piec.

Kiedyś tak.

Przed wypadkiem.

Wypadek zmienił moje życie. Kazał patrzeć na rzeczy w zupełnie inny sposób. Bo po co mi teraz rolki? Narty? Samotny puchar zdobyty za pierwsze miejsce w konkursie łyżwiarstwa figurowego stoi w kącie, na najwyższej półce. To Antonina, nasza gosposia schowała go tak, bym nie sięgnęła i nie rzuciła nim w okno mojego więzienia.

Na ludzi także patrzę teraz inaczej.

Często zza wysokich, wiktoriańskich okien w salonie, obserwuję pracę Leszka – naszego ogrodnika. Ile radości sprawia mu pielęgnowanie róż i jak szepce do nich czule… z jaką delikatnością dotyka ich płatków.

Róże, które kłują!

Odwracam wzrok zasmucona. Jak bardzo chciałabym być tą różą. Poczuć na swym policzku pieszczotę spracowanych dłoni, na pełnych, czerwonych wargach smak pocałunków – o każdej porze dnia. Chciałabym słyszeć szeptane z czułością słowa, niczym motyle – tak piękne i wyjątkowe – bo tylko dla mnie przeznaczone, bo prawdziwe…

– Wróciłem! – słyszę tupot wypolerowanych butów, kiedy słońce chowa się powoli za pagórkami.

To mój biznesmen wrócił. Mój mąż.

– Cześć! – wołam bez entuzjazmu i odwracam wózek inwalidzki w stronę drzwi. – Co słychać?

– Bez zmian. – mówi stając w progu. – Mam dużo pracy.

– Jasne. – stwierdzam gorzko.

– Pa! – woła z głębi domu, biegnąc do gabinetu.

Mam ochotę rzucić czymś. Rozbić szkło o wypielęgnowany parkiet!

Nigdy nie rozmawiam z nikim o moim małżeństwie. „Przecież on cię uwielbia!” – słyszę często głosy na przyjęciu. Nikt nie wie jaka jestem samotna. Nikt nie widzi jak daleki jest mi ten najbliższy.

Uśmiecham się, choć oczy zachodzą łzami.

Jestem jak księżniczka uwięziona w pięknej wieży własnych decyzji podjętych przed laty, otoczona krokodylami konsekwencji.

Z kimś, a jednak sama…

 

Ściskam tych wszystkich, którzy utożsamiają się z dzisiejszym wpisem.

G – Moll.

roberto-nickson-1266859-unsplash

Krzysztof Kamil Baczyński – Z głową na karabinie

 

Nocą słyszę, jak coraz bliżej

drżąc i grając krąg się zaciska.

A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży,

wyhuśtała mnie chmur kołyska.

 

A mnie przecież wody szerokie

na dźwigarach swych niosły płatki

bzu dzikiego; bujne obłoki

były dla mnie jak uśmiech matki.

Krąg powolny dzień czy noc krąży,

ostrzem świszcząc tnie już przy ustach,

a mnie przecież tak jak innym

ziemia rosła tęga – nie pusta.

 

I mnie przecież jak dymu laska

wytryskała gołębia młodość;

teraz na dnie śmierci wyrastam

ja – syn dziki mego narodu.

 

Krąg jak nożem z wolna rozcina,

przetnie światło, zanim dzień minie,

a ja prześpię czas wielkiej rzeźby

z głową ciężką na karabinie.

 

Obskoczony przez zdarzeń zamęt,

kręgiem ostrym rozdarty na pół,

głowę rzucę pod wiatr jak granat,

piersi zgniecie czas czarną łapą;

 

bo to była życia nieśmiałość,

a odwaga – gdy śmiercią niosło.

Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało

wielkie sprawy głupią miłością.

           

Do przemyślenia:

 

„Dziś są Twoje urodziny… mimo złej pamięci, wiem…” pragnę śpiewać za Ryszardem Rynkowskim.

Wstaję  łóżka z uśmiechem przylepionym do ust. Dziś nic mnie nie rozwścieczy.

Wchodzę do kuchni. Od progu czuję cudowny zapach kawy. Na blacie stoi kubek czarnego płynu. Sięgam radośnie, z przymkniętymi powiekami i… trafiam w próżnię!

– Pierwszy! – rozlega się radosny głos mojego męża.

„Że co?”, myślę, ale się uśmiecham.

Nie szkodzi, w końcu dziś jest wyjątkowy dzień!

Stoję przed mężem w oczekiwaniu, szczerząc się.

– Czy mam coś na twarzy? – pyta zdziwiony.

– N-nie. – mrugam zaskoczona.

A gdzie: „Sto lat, kochanie”? Choć może sto lat, to bym nie chciała… Z drugiej jednak strony, gdybym mogła zachować obiektywnie młody tj. sprawny organizm, powiedźmy 30 – latki, a żyć sto lat, ile wtedy mogłabym dokonać….

Mąż wymija mnie, wyrywając z zamyślenia. Całuje lekko w usta.

– Muszę lecieć! – rzuca i już wybiega z domu.

Stoję pośrodku kuchni z na wpół otwartymi ustami. Marszczę brwi. To ci dopiero urodziny!

Wzdycham ciężko i zabieram się za swoje obowiązki. W końcu same się nie zrobią. A szkoda!

Mija godzina, dwie. Moje ruchy stają się bardziej nerwowe. Co chwilę zerkam na telefon.

Nic! Ani jednego SMS! Nie mogę w to uwierzyć! Czy wszyscy o mnie zapomnieli?!

Pik – pam – param! Sygnał SMS! Jednak ktoś pamięta, cieszę się i czytam na głos:

– Cześć, starsza! Pożyczysz mi dżinsową kieckę na imprę?  – to moja siostra.

„Jasne. Wbijaj.” – odpisuję.

I tak nie mam żadnych innych planów. Kiedy świat sprzymierzył się przeciwko tobie, nie masz ochoty na nic spektakularnego… nawet w urodziny. I zamiast widzieć jasne strony, zaczyna mi się robić smutno i czuję się starsza o kolejny rok jakby ktoś właśnie w tym momencie zrzucił kamienie czasu na moje barki.

Wtedy do domu wraca mąż. Nadzieja zatrzepotała w moim sercu. Może pobiegł kupić różę??? Wybiegam z łazienki.

Ale, nieeee! W rękach taszczy pudło wyładowane jedzeniem.

– Kupiłem coś na ząb! – rzuca i kieruje się do kuchni, zgrabnie mnie wymijając.

Prycham zawiedziona.

Wracam do łazienki tylko po to, żeby rzucić mokrą gąbkę do wanny.

Tymczasem mąż woła do mnie z salonu.

– Kochanie, zaprosiłem kumpli na wieczór… pamiętasz? Mecz o mistrzostwo… chyba nie masz nic przeciwko?

– Ta! Pewnie! – rzucam dziarsko, choć wewnątrz kipię z gniewu.

Więc to tak? Zapomnieli o moich urodzinach? Mąż, rodzice, rodzeństwo, przyjaciele i znajomi??????!

Wściekła wpadam do sypialni, przebieram się prędko,  w biegu chwytam torebkę.

– Wychodzę! – i po minucie uciekam.

Gnam jakby mnie sam diabeł ścigam i nie pozwalam łzą zagościć się w kącikach moich oczu, choć czuję, że nadciągają niczym armia wroga.

Teraz potrzebuję się odprężyć…. Może nowa torebka? Proszę bardzo. Buty? Och, uwielbiam!

Nie ma jak cudowna moc zakupów! Po dwóch godzinach, znów uśmiecham się swobodnie. Wracam do domu i jestem gotowa przebaczyć wszystko mojemu zapominalskiemu mężowi… i może przygotuję coś smacznego dla chłopaków, tak mocno dopingujących  naszych?

Zamykam drzwi, zdejmuję kurtkę i kozaczki.

– Jestem! – wołam w głąb mieszkania.

Dziwne! Nie słyszę głośnych krzyków zapatrzonych w ekran samców…

Cisza. Cisza? Coś tu nie gra.

Światła są przygaszone. Wchodzę powoli po schodach.

– Niespodzianka! – krzyczą tłumnie zgromadzeni w salonie przyjaciele i rodzina.

– Wow! – śmieję się.

Patrzę po twarzach moich najbliższych i nie mogę przestać się uśmiechać. Tyle podchodów! Ale koniec końców – pamiętali! Moi kochani! Dziękuję, że jesteście ze mną każdego dnia, nie tylko w urodziny, chociaż może właśnie szczególnie w urodziny!

Całuję.

G – Moll.

Konstanty Ildefons Gałczyński
*** (Gdybyś mnie kiedyś miała przestać kochać)

 

Gdy­byś mnie kie­dyś mia­ła prze­stać ko­chać, 
nie mów mi tego. Bóg tego tak­że nie czy­ni.
Gdy ma ze­słać za­ra­zę i głód, On cią­gle się śmie­je z wy­so­ka,
choć do­brze wie, że oazy prze­mie­nia w pu­sty­nię


minnie-zhou-1255606-unsplash

Do przemyślenia:

Uwielbiam się uśmiechać!

To wspaniałe uczucie – patrzeć jak na ten uśmiech reagują inni… Nie wierzycie? Zacznijmy.

Wchodzę do sklepu spożywczego, na półkach pełno kolorowych produktów, wszystkie zdają się krzyczeć – kup mnie, kup mnie! Och, aż kręci się w głowie! Wtedy przez przypadek potrącam stojącego przy pieczywie mężczyznę. Odwraca się w moją stronę, jego twarz przecina gniewny grymas, otwiera ust, wrogo marszcząc brwi… a ja go ubiegam.

„Przepraszam!”, mówię szczerze i uśmiecham się serdecznie. On skinie głową i – wow! – odpowie uśmiechem, gestem pokazując, że nic nie szkodzi. Jego twarz rozluźnia się. Uff!

W poczekalni ośrodka zdrowia jest tłum ludzi, z płaczącymi, grymaszącymi dziećmi. Po godzinie czekania dorośli mają dość, a co dopiero dzieci. Zaczyna wkradać się nerwowa atmosfera. Ludzie pod nosem narzekają na służbę zdrowia. Obok mnie mała dziewczynka przeciągle ziewa. „Mamo, chodźmy do domu! Maaamoo!” Wtedy do tłocznego pomieszczenia wpada spóźniona pani doktor. Od progu woła: „Bardzo państwa przepraszam, miałam kolizję samochodową… Naprawdę przepraszam!”, zrzuca kurtkę, szarpie biały fartuch, szybko przeczesuje ręką włosy, naciska klamkę drzwi prowadzących do gabinetu: „Proszę, kto pierwszy?”, „My.” Odpowiada kobieta z dziewczynką obok mnie. I wtedy pediatra uśmiecha się szeroko do swojej pacjentki. „Witaj księżniczko, dobrze, że nie zasnęłaś!”, „Dlaczego?” zainteresowała się mała. „Bo musiałby obudzić cię jakiś książę! A gdzie takiego szukać?” śmieje się pani doktor.

I wszyscy w poczekalni wybuchają śmiechem. Atmosfera się rozluźnia. A to wszystko za sprawą radości!

Uśmiech, choć składa się z pracy dwóch różnych grup mięśni, ma niezwykła – uzdrowicielską wręcz moc! A choć jest co najmniej kilka rodzajów uśmiechu, łatwo zauważyć, które pochodzą z serca, a które udajemy.

Uśmiechanie się według mnie potrafi uczynić cuda! Skłania ludzi do bycia serdecznymi! A jak wtedy jaśnieją oczy! Dodają blasku i urody!

Nie ważne czym w tej chwili się zajmujesz. W czym mógłbyś być lepszy… masz w sobie tę moc, siłę bogów, niezwykła umiejętność dawania!

Teraz wstań, podejdź do najbliższej ci osoby i… uśmiechnij się serdecznie!

Całuję.

G – Moll.